Tatry Szlak na Ciemniak

Jak zima to już tradycyjnie jedziemy pochodzić po górach i w końcu wracamy w Tatry. Założenia trasy były ambitne. Planowaliśmy najpierw rozruchowo wejść na Sarnią Skałę, drugiego dnia dotrzeć na Ciemniak, trzeciego dnia dojść do Doliny Pięciu Stawów i w końcu czwartego wejść na Kozi Wierch. Nasz plan powiódł się tylko, a może raczej powinnam napisać “aż”, połowicznie.

Ciemniak

Do Zakopanego dojechaliśmy w piątek w nocy. Początkowo planowaliśmy sobotę jako dzień na spokojny rozruch, jednak prognozy pogody zmobilizowały nas do uderzenia od razu na Ciemniak. Trzy lata temu, pisałam tutaj, że również wybraliśmy się na Ciemniak, ale musieliśmy zawrócić ze względu na gęstą mgłę i obfite opady śniegu. Tym razem pogoda dopisała nam znacznie bardziej. Przez cały dzień świeciło piękne słońce, w niższych partiach grzało jak na wiosnę i było niemal bezwietrznie. Szło się, no cóż tu dużo mówić, ciężko. Jeszcze poprzedniego dnia siedzieliśmy 8 godzin w pracy, a teraz mieliśmy przejść długi, stale pnący się do góry szlak, ale daliśmy radę!

szlak na Ciemniak

szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

W kierunku Ciemniaka wyszliśmy z Kir. Kawałek przejścia przez Dolinę Kościeliską i zaraz skręt w lewo i już tylko w górę. Po drodze spotykamy charakterystyczne momenty, które zapamiętałam z poprzedniej wyprawy. Przechodzimy Polanę Upłaz i przechodzimy obok skały Piec. Tu okazuje się, że ominęło nas poprzednim razem wiele pięknych widoków. Z Polany Upłaz widoczny jest monumentalny Kominiarski Wierch. Z kolei spod skały Piec największe wrażenie robią spadziste stoki Giewontu (zupełnie nieprzypominające widoku z Zakopanego) i Małołączniaka. Powoli gdzieś w dali widzimy Chudą Turnię, która zapowiada już szczyt. Odrobinę podekscytowana widocznym już celem, nabieram siły. Oczywiście jak zwykle to jest w górach, szczyt okaże się dużo dalej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Jesteśmy dopiero w połowie drogi.

Tatry Szlak na Ciemniak Piec

Tatry Szlak na Ciemniak Giewont

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Przed nami jednak ta ciekawsza część szlaku. Po mozolnym parciu w górę, dochodzimy na grań. Odsłania nam się przepiękny widok na Tatry Zachodnie, dzięki któremu dostaję siły na dalszą wędrówkę. Przed nami najmocniejsze podeście dzisiaj, na Chudą Turnię, ale zanim ona, najpierw Chuda Przełączka z mało bezpieczną wąską granią opadającą stromo na dwie strony. Od wyjścia na grań we znaki daje nam się bardzo wiatr, ale ja o dziwo, mam tu więcej siły niż wcześniej. Złapałam drugi oddech i konsekwentnie idę do góry. Szczyt wydaje się być blisko, ale to tylko złudne wrażenie. Przed nami jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut w górę. 

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

Tatry Szlak na Ciemniak

W końcu mamy to! Wchodzimy najpierw na Chudą Turnię, a stąd już znacznie delikatniejszym zboczem prosto na Ciemniak. Z trzech stron otaczają nas góry – teraz widzimy już nie tylko Tatry Zachodnie, ale i Wysokie. To mój pierwszy dwutysięcznik. Jestem szczęśliwa, że znowu dałam radę. Gdzieś poniżej widzę szczyt Giewontu, obok urwisty stok Krzesanicy. Czerwone Wierchy z pozoru wydają się bardzo bezpieczne, ale z tego miejsca budzą respekt. Na szczycie pół godziny na podziwianie widoków, robienie zdjęć i spadamy w dół. Patrzę w kierunku miejsca, z którego zawróciliśmy trzy lata temu i cieszę się z podjętej wtedy decyzji.

Krzesanica

Na horyzoncie zaczynają kłębić się chmury. Na grani wieje znacznie bardziej niż w czasie drogi na szczyt. Czasami muszę mocno się zaprzeć, żeby mną nie zachwiało. Schodzimy nie tak szybko, jakbyśmy chcieli, ale konsekwentnie idziemy w dół. Na pożegnanie trafia nam się przepiękny zachód słońca, który cudownie podświetla Giewont. Przy skale Piec łapie nas zmrok i coraz bardziej opadam z sił. Jeszcze nigdy nie byłam tak wykończona po górach. Końcówkę schodzę siłą woli. Idę wężykiem jak pijana. Na drugi dzień mocno odczuję te 9 godzin, 1100 metrów przewyższenia i 12 km w górach, zresztą jak wszyscy. Ale jak zawsze… było warto się zmęczyć!

Dolina Chochołowska

Schodziłam z gór z nadzieją, że na drugi dzień pogoda nam się całkowicie popsuje, czyli potocznie mówiąc, będzie dupówa. Byłam wymęczona całodziennym trekkingiem i małą ilością snu. Na szczęście wieczorem wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że maksimum naszych możliwości kolejnego dnia to szarlotka w Dolinie Chochołowskiej. Nie jest to znowu takie nic, bo po pierwsze dwie godziny i 15 km w obie strony, po całym dniu chodzenia dnia poprzedniego, to jednak dla mnie wyzwanie, a po drugie, szarlotka w schronisku to szarlotka w schronisku i  nie będę dyskutować z nikim, kto twierdzi, że nie jest to godny cel.

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Tak się jakoś zdarzyło, że byłam po raz pierwszy w Dolinie Chochołowskiej. Kilka razy zdarzyło mi się być w Kościeliskiej, a tu nigdy. Może to dlatego, że nigdy nie trafiłam w Tatry, gdy kwitły krokusy? W tym czasie ta dolina przeżywa istny nalot turystów chcących zobaczyć Polanę Chochołowską usianą fioletowymi kwiatkami. I ja się tym wszystkim ludziom nie dziwię, sama chciałabym to zobaczyć. W lutym jednak krokusów jeszcze nie ma, więc dolina była bardzo spokojna. Może to też dlatego, że na szlak wyszliśmy dopiero po 13? Musieliśmy w końcu odespać poprzedni dzień – proszę nie biczować! Na końcu czekała, chociaż bez krokusów, to i tak piękna Polana Chochołowska z licznymi bacówkami. No i oczywiście szarlotka! Po raz kolejny było warto się wysilić!

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Chochołowska zima

Dolina Pięciu Stawów Polskich

I przechodzimy do ostatniej części naszego wyjazdu. Z domku w Kościelisku, przenosimy się do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, czyli prościej mówiąc, do Piątki. Poranek przywitał nas totalnym zaskoczeniem. Wróciła zima z całą masą śniegu. Już wiedzieliśmy, że na trasie będzie wesoło, a z widoków raczej będą nici. Przejechaliśmy samochodami na Palenicę Białczańską (stąd też rusza się do Morskiego Oka) i ruszyliśmy na dwie noce w góry.

Dolina Roztoki zima

Dolina Roztoki zima

Początkowo idziemy tak, jak do Morskiego Oka, a za Wodogrzmotami Mickiewicza skręcamy w prawo w las by zaraz znaleźć się w Dolinie Roztoki. Tu zaczyna się magia. Sypie gęsty śnieg, który oblepił wszystkie drzewa dookoła. Nie możemy oderwać się od aparatów, z resztą jak zwykle, gdy widzimy takie cuda natury. Pierwszego dnia marzyliśmy o większej ilości śniegu, no i mamy. Wiemy jednak, że łączy się to z tym, że najprawdopodobniej nie uda nam się wejść na Kozi Wierch, ale pozostaje nadzieja na Zawrat.

Dolina Roztoki zima

Dolina Roztoki zima

Dolina Roztoki zima

Dolina Roztoki zima

Dolina Roztoki zima

Ostatnio tym szlakiem szłam pięć lat wcześniej, jesienią. Wtedy pogoda nie rozpieszczała nas jeszcze bardziej. Szliśmy w deszczu i mgle całą drogę i podobnie jak teraz, mało zobaczyłam otaczających nas gór. Wtedy poszliśmy na końcówce szlakiem przy Siklawie, ale zimą jest on nie polecany – i wcale się nie dziwię – miałam poprzednim razem olbrzymi lęk idąc przez gładkie płyty zmoczone deszczem, z przepaścią wodospadu z jednej strony. Przy rozgałęzieniu szlaków poszliśmy więc w lewo w odcinek bardzo ostro pnący się pod górę. Wyrypa straszna, ale przynajmniej konsekwentnie zdobywa się szybko wysokość. Końcówkę znowu przeszłam siłą woli. Mocno pospinane łydki odmawiały mi posłuszeństwa. Co chwilę przystawałam z braku sił w nogach. Na dodatek okazało się, że na górze wiatr hula w najlepsze i to całkiem mocno, unosząc świeży śnieg i robiąc istną zawieję. Szliśmy po kolana w kopanym śniegu, było ciężko, ale wiedzieliśmy, że na końcu czeka na nas gorąca zupa, ciepły śpiwór i grzane wino. Nie ma lepszego motywatora w górach.

Dolina Roztoki zima

dolina pięciu stawów zima czarny szlak

dolina pięciu stawów zima czarny szlak

dolina pięciu stawów zima czarny szlak

dolina pięciu stawów zima czarny szlak

Tak, jak się spodziewaliśmy, kolejny dzień przywitał nas jeszcze większą ilością śniegu, jeszcze większym i zmiennym wiatrem, a do tego wszystkiego, lawinową trójką. Odpuściliśmy już sobie dawno Kozi Wierch, a przy śniadaniu także wstępnie Zawrat. Mieliśmy plan, aby wybrać się w jego kierunku, ale bez presji, na zimno oceniając sytuację. Skończyło się na tym, że doszliśmy do rozwidlenia szlaków na Kozi Wierch i zawróciliśmy. W miejscu, gdzie wiatr wiał mniej, rozbiliśmy obóz, żeby poćwiczyć hamowanie czekanem w przypadku upadku, ale i tak po prostu pobawić się w śniegu. Rzadko ma się teraz okazję wpadać w zaspy po pas, a nawet po żebra.

Dolina Pięciu Stawów zima

Po kolejnej nocy w schronisku przyszedł czas zejścia i powrotu do domu. Było to jednak trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Rano okazało się, że wiatr znacznie przybrał na sile i dochodził już w porywach do 100 km/h. Zamieć z poprzedniego dnia wydała nam się po prostu mocnym wiatrem ze śniegiem i nie umywała się do tego, co spotkało nas przy zejściu. Po wyjściu ze schroniska najpierw podziękowałam w głowie Maćkowi, że namówił mnie na spodnie chroniące od wiatru. Później przyrzekłam sobie, że zimą nigdy nie wybiorę się w góry bez gogli. Po kolei jednak. Po wyjściu za próg schroniska, okazało się, że dziś nie ma przelewek. Nawiało bardzo dużo śniegu, silny wiatr unosił lodowe drobinki w górze, wbijając je bezlitośnie w otwarte oczy. Podniesione tumany śniegu skutecznie zasłaniały tyczki wyznaczające szlak. O samym szlaku oczywiście nie było mowy, żeby był widoczny. Ciężko opisać to, co się tam działo – modliłam się tylko, żeby nie zeszła lawina, a tak poza tym… szło mi się wspaniale. Droga ta przypominała mi bardzo zeszłoroczne Bieszczady i zamieć na Rawkach. 

Prezentuję Wam filmik, który zrobił nasz kolega podczas wyjazdu. Może chociaż trochę przybliży Wam jak było  – szczególnie ostatniego dnia. Oczywiście wszyscy zeszliśmy bez większych problemów. Przedzieraliśmy się w ogromnych zaspach, a na sam koniec mieliśmy problemy z poznaniem naszego zasypanego samochodu. I wiecie co? Było super!

 

PS. Pamiętajcie – zima w górach to nie żarty. W góry zawsze zabierajcie ze sobą czekan i raki! Przed wyjazdem zachęcam do zapoznania się z materiałem TOPR odnośnie zimowej turystyki w górach. 

Tatry